Krok poza widnokrąg…

Ja biegam…biegam…biegam…

Może jestem wyczulony jakoś ostatnio ale…  dość często mam wrażenie, że ludzie powtarzają to żeby się tym pochwalić. Ale raczej jako podążanie za modą, coś trendy co należy teraz robić. bo w obecnych czasach to brzmi DUMNIE! Tak, że aż nie wiem do czego to porównać… Prawie jak „człowiek, to brzmi dumnie” Maksima Gorkiego … Tylko, że dla mnie to jest słabe, całkowicie nie pasuje! Bo być człowiekiem to takie „głębokie” stwierdzenie. Dotyka tego co sprawia, że ludzie różnią się od zwierząt. Dzięki temu, że mamy rozum i wolną wolę posiedliśmy możliwość dokonywania wyborów. Panowania nad naszymi instynktami, nauki, rozwoju, tworzenia, doceniania piękna…

To tak wspaniałe możliwości…

A bieganie ze względu na modę? Jakoś tak do sempiterny to brzmi (w przypadku braku znajomości słowa odsyłam do wujka Google :). Skoro jednak ja też uprawiam ten kawałek aktywności psychofizycznej to uczciwie jest się przyznać, iż czasem ludzie mnie też pytają po co biegam. No właśnie, zatem po co… Bo postawiłem sobie taki cel, ktoś może odpowiedzieć. Fakt! Ale postawienie celu nie mówi o przyczynie motywacji.  A to ważne. Nawet chyba najważniejsze (co zresztą rozwinę w kolejnym wpisie). Wracając zaś do meritum – przecież ja nie jestem żadna sarna, łania czy inna antylopa by ratować życie wiejąc przed drapieżnikami. To już raczej to drugie. Czyli poganiałbym za jakąś łanią 🙂 Ale czy dlatego to robię? Hmmm… Trzeba przyznać, iż spotykam wiele pięknych i zgrabnych biegaczek. I nogi aż się same rwą! Najczęściej jednak płuca podają za mało tlenu, mózg przez to jest niedotleniony a w efekcie tego narządy mowy nie są w stanie artykułować żadnych rozsądnych dzięków. A jak zagadać mówiąc uuuu… eee… albo sapiąc jak miech kowalski? To ostatnie zresztą jest najgorsze bo jakoś tak od razu przypomina niedwuznaczne dźwięki a przecież nie od tego zaczyna się znajomości damsko-męskiej … Tak myślę, tylko z drugiej strony, co ja tam wiem na takie tematy.

Przy okazji powyższa dygresja wydaje się taka niezbyt „poprawna politycznie”, bo w obecnych czasach to już nie takie proste, że facetowi może podobać się kobieta… taaa… na szczęście niekoniecznie zamierzam dbać o poprawność i pozory. Zdecydowanie jestem za szczerością, otwartością i pozytywnym myśleniem. A jak komuś to nie pasuje to może mnie CMOK -nąć 🙂

Czy zatem biegam bo lubię? Takie hobby mam? Kiedy czytam blogi czy wpisy innych biegaczy bardzo często taką właśnie widzę odpowiedź. Ale, ale, ale… Tutaj tak nie jest. Bo mówiąc uczciwie ja…

NIE LUBIĘ biegać.

I … co drogi czytelniku…? Masz zagwostkę? Gość pisze bieganiu a nie lubi tego? I jeszcze na dodatek biega? Może synapsy mu się skleiły albo stuknął się gdzieś głową a wtedy zwoje się rozłączyły ale już nie wróciły na swoje miejsce? Gościu (w sensie autor tego wpisu) nie wie co robi? Dużo można by zadać takich pytań, nieprawdaż?

O co zatem chodzi?

Powody samomęki są dwa. Po pierwsze chodziło o moją kondycję i to zaznaczyłem na samym początku wpisów na blogu. Dlaczego jednak bieganie, skoro za nim „delikatnie mówiąc” nie przepadam?

Drugim powodem jest praca nad sobą, walka ze swoją słabością. Rozwój i kształtowanie swojego charakteru. Uważam, że umiejętność ciężkiej pracy oraz odporność na przeciwności, przeszkody czy nawet porażki to wewnętrzna cecha, która pozwala nam trzymać się swoich pasji i realizować je poprzez wyznaczone cele. Wybrałem zatem aktywność, która jest dla mnie trudniejsza do realizacji. Walcząc z nią walczę z samym sobą. Ćwiczę silną wolę, wytrzymałość, konsekwencję. Uważam, że jeśli wewnętrznie poradzę sobie z tym czego nie lubię i co cały mój organizm i umysł neguje, to wzmocni to moją psychikę i zdolność bycia skutecznym w tym zagadnieniach, które są dla mnie atrakcyjne.

Czy po prawie półtora roku dalej w to wierzę?

Jeszcze bardziej niż na początku. Przez ten czas pracy nad sobą przy bieganiu uporządkowałem sobie to, co  „kłębiło” mi się w głowie od nawet kilku lat. Doszedłem do zgody z samym sobą i rozumiem co mnie napędza. Wzmocniłem się mentalnie. I nie bierze się to z aktywności fizycznej (choć to też poprawia mi humor bo czuję po prostu zdrową siłę w sobie). To kwestia tego, że aby przełamać siebie do zrobienia czego nie chcę robić wielokrotnie przemyślałem swoje postępowanie (i to wcale nie tylko w zakresie biegania tylko w ogóle w życiu), mechanizmy mną sterujące, moje potrzeby i to co mogę zrobić żeby osiągnąć co zechcę. Oczywiście myślałem także co stracę jak powiem dość takiemu wyzwaniu, zmuszaniu się do czegoś co choć banalne w istocie, to w świadomości potrafi urastać do wielkości znajdującej ukojenie jedynie w szaleństwie. Myślałem o tym nie raz i nie dwa. Właściwie za każdym razem kiedy ruszałem do biegu. I to wcale nie zniknęło, choć sam bieg już nie męczy tak jak przedtem. I uwierz mi, za każdym razem przekonuję siebie, że warto podjąć ten trud. Bo on mnie kształtuje, wyzwala we mnie wolę i zdolność do wykonywania rzeczy większych niż takie, które wydają się możliwe do osiągnięcia.

To pozwala mi zrobić krok dalej niż mogę. Poza mój widnokrąg, poza miejsce gdzie moja ziemia styka się z moim nieboskłonem. I odkryć co tam jest… A potem iść jeszcze dalej… I dalej…

 

Podziel się 🙂

2 Comments

  1. Ciągle podchodzę do biegania jak do jeża 🙂 Rozumiem jego sens, ale tak mi ciężko się przekonać… Uciekam w namiastkę biegania, jakim są długie wyczynowe spacery z psem. Może Twój artykuł pomoże mi się przekonać…
    Pozdrawiam 🙂

    • Bardzo dobrze to rozumiem 🙂 Ja także zbierałem się do tego „trochę” czasu. Myślę, że najważniejsze jest robić to na co ma się ochotę. Przy początkach biegania można zaczynać od krótkich interwałów. Kilkaset kroków truchtu a potem spacer. I powtórka 🙂 Po pewnym czasie okazuje się, że można przebyć truchtając coraz dłuższe odcinki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *